01. Prolog.

Urodziłem się o godz. 17 w imieniny Andrzeja. Najwyraźniej śpieszyło mi się – bo zamiast w połowie maja, miałem być we wrześniu. Żartuję – raczej chodziło o to że moja mama jest hmm… martwiąca się, a jak tu się nie martwić gdy wszyscy dookoła coś szepczą o dość dużej katastrofie w radzieckiej elektrowni atomowej.

Karta informacyjna ze szpitala mówi o 27/28 tygodniu, kiedy to 36-centymetrowy Austryjak pokazał światu zrazu swoją główkę, a potem i resztę swych 940 gramów. Objawy niewydolności oddechowej, żółtaczka, podrażnienie O.U.N., częste stany sinicy i kliniczne objawy zapalenia płuc to – jak się miało okazać później – małe piwo przed śniadaniem, jednak na tyle zaprawione goryczką, że panie pielęgniarki ochrzciły mnie imieniem solenizanta z ówczesnego dnia, coby św. Piotr nie miał nadmiernych wątpliwości, czy z moim grzechem pierworodnym wpuścić mnie przez bramę, czy bezpieczniej posłać w diabły.

Poniewczasie okazało się, że choć ciekawość świata zwyciężyła długą litanię różnych rzeczy, które przytrafiły mi się w szpitalu, to jednak – podobnie jak 10-15% wcześniaków – dopadła mnie retinopatia wcześniacza – czyli nieprawidłowy rozwój siatkówki.

Siatkówka rozwija się do samego końca ciąży – dopiero wtedy naczynia krwionośne są odpowiednio rozgałęzione. U wcześniaków ten proces może sam jakoś dojść do szczęśliwego końca, a może i nie – wtedy tworzy się linia oddzielająca unaczynioną część siatkówki i nierozwiniętą resztę. Istnieje również ryzyko całkowitego odklejenia siatkówki.

U mnie nie doszedł, co rodzice zauważyli dopiero po jakimś czasie. Próby naprawy odklejonej w prawym oku siatkówki – poprzez mrożenie oka – zakończyły się niepowodzeniem. W lewym oku miałem siatkówkę nie rozwiniętą do końca, ale przynajmniej na miejscu. Ten fakt miał dość istotne implikacje dla mojego dalszego życia – a ściślej sposobu traktowania mnie w domu – mimo tego, że sam wzrok stanowi dla mnie problem umiarkowany (miewam większe).

Ustawicznie martwiąca się mama próbowała wszystkich możliwości uzyskania pomocy, o czym świadczą pełne patosu listy w różnych językach do tzw. czynników tak krajowych, jak i zagranicznych. Jak wynika z mojej teczki personalnej, czynniki krajowe nie widziały wskazań do wydania zgody na leczenie zagraniczne w złowrogich krajach kapitalistycznych, chociaż i tak sądzę, że nic by to nie dało (przy współczesnym rozwoju medycyny operację laserowego zamykania naczyń krwionośnych przeprowadza się tak szybko, jak to możliwe, a nie jak siatkówka się już odklei). Nierozstrzygniętym pozostaje pytanie, czy władza ludowa, w swej mądrości, wiedziała o tym, że moja kondycja nie rokuje poprawy, czy też nie chciała dać poznać po sobie, iżby miała jakiekolwiek wątpliwości, że socjalistyczna medycyna zdecydowanie góruje nad medycyną krajów kapitalistycznych.

Ostatecznie więc stan mojego wzroku się nie zmienił, co dla mnie było okolicznością raczej sympatyczną – nigdy, przenigdy nie widziałem trójwymiarowo, nigdy, przenigdy nie miałem w pełni sprawnego wzroku, więc i tak nie wiem co tracę, za to solidne subsydiowanie przez państwo miło łechtało moją chęć posiadania.

One thought on “01. Prolog.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *