02. Wczesne dzieciństwo.

Mam kilka wspomnień z wczesnego dzieciństwa – obejmujących okres mniej więcej do 4-go roku życia. Datowanie jest zgrubne – w dodatku nie jestem w stanie zagwarantować, że nie mam innych wspomnień z tego okresu, nie ujętych w niniejszym poście. Zapraszam do lektury.

To z nich, które uważam za pierwsze, kojarzy mi się ze słonecznym świtem i mną w łóżeczku, zastanawiającym się, czy może istnieć świadomość bez ciała – innymi słowy, czy prawdziwa jest koncepcja duszy człowieka. Konkretnie zastanawiało mnie, czy gdy mojej egzemplifikacji mającej przejawy fizyczne w postaci rączki, nóżki i całej reszty nie będzie, to świadomości też nie – i czy moja świadomość istniała, zanim znalazła się w konkretnym ciele. Nie pamiętam, do jakich wniosków doszedłem – prawdopodobnie nie udało mi się dylematu rozstrzygnąć, tym niemniej terapeuta1 twierdził, że tak tylko sobie legenduję, a w rzeczywistości to był paniczny strach przed tym, co będzie, jak nie będzie mojej rączki, nóżki et cetera. Nie rozstrzygając w tym momencie, czy to ja mam rację, czy raczej terapeuta1, pozostawiam problem otwarty. Wraz z upływem czasu i śmiercią neuronów prawdopodobnie się rozwiąże sam – w końcu zapomnę, że zastanawiałem się nad istnieniem duszy o świcie albo że miałem jakiegoś terapeutę1.

Inne wspomnienie, które z całą pewnością przypada na okres schyłkowego PRL-u (późny Kiszczak? 🙂 ), to wspomnienie pomarańczowego Malucha. Fiacikiem 126p ze stylowymi skajowymi obiciami jechaliśmy sobie po pewnej ulicy (nawet pamiętam której). Datowanie jest o tyle pewne, że tego Malucha, zakupionego z drugiej ręki bo od dziadka – mieliśmy do 1989 r. (wtedy ziściły się marzenia taty i po 9 latach przedpłat wreszcie wylosowaliśmy własny, nowiutki i beżowy upragniony wehikuł samochodopodobny – nazwanie tego wyrobu polskiego przemysłu motoryzacyjnego samochodem stanowiłoby nadużycie – przypuszczam że szczęście w losowaniu zawdzięczamy temu, iż tylko nasz los został 🙂 ). Nasz własny Fiacik 126p odróżniał się od dziadkowego, sprzedanego potem chyba cioci – prócz koloru – również deską rozdzielczą po face liftingu z 1986 r., z ekstrawagancjami w postaci dmuchawy. Tak – bordowy Maluch dziadka z 1987 r. miał zamiast odpowiedniego przycisku do włączania nawiewu – zaślepkę.

Pamiętam również zmarłego w 1989 roku dziadka. W moich wspomnieniach siedział sobie na łóżku śmierci, po czym zmarł. Odczuwam tutaj lekki dysonans poznawczy, gdyż wedle innych relacji nie byłem świadkiem tego wydarzenia.

Jak przez mgłę jestem w stanie przywołać sobie konsumpcję kaszki pod kalkulator biurkowy z Elwro (przyniesiony przez tatę z biura – ze względu na konsumpcję kaszki pod kalkulator, tata nieustannie musiał wymieniać w nich klawiatury 🙂 ). Innym razem konsumowałem pod aparat telefoniczny z fajnymi guzikami. Niestety, aparat nie przetrwał próby czasu jako jedność ): – niezwykle tego żałuję, bo teraz wspaniale by się sprawdził podłączony pod chodzącą na asterisku centralkę PBX-ową – o ile ogarnąłbym, jak podłączyć ten 25-żyłowy kabel. Poza tym nie lubię psucia/demolowania urządzeń elektronicznych i jest mi przykro z powodu szkód, jakie ongiś zrobiłem w dzieciństwie.

Pamiętam też pewien wypadek, który utwierdził mnie w przekonaniu, że wysokie napięcia są niefajne. W wieku 2? a może 3? lat (mama nie mogła się zdecydować – raczej 3 lata, skoro sytuację kojarzę) postanowiłem wykorzystać rzadką okazję, kiedy gniazdka sieciowe nie były zasłonięte specjalnymi zaślepkami przeciwdzieciakowymi – w trakcie odkurzania. Logicznie rozumując, by uruchomić silniczek łódki elektrycznej, powinienem był podłączyć go do źródła zasilania. Postanowiłem spróbować szczęścia z gniazdkiem elektrycznym – w moich wspomnieniach pod czujnym okiem mamy, która czytała coś na kanapie nieopodal (mama twierdzi, że nie była przy tym – nie wiem czy odpłynęła myślami, nie zauważyła, czy może mi się coś przywidziało). Pierwsza próba była nieudana – prawdopodobnie trafiłem na zero. Próbowałem imitować dźwięk pracującej łodzi „paszczowo” przy pomocy posiadanych organów do artykulacji dźwięków – chciałem zaprezentować efekty mojej wzmożonej działalności intelektualnej mamie. Niestety, doping dźwiękowy nie pomógł silniczkowi obrócić się choćby o minimalny kąt. Druga próba prawdopodobnie zakończyła się sukcesem – na pewno trafiłem przewodem od silniczka na fazę; czy silniczek się obrócił to już nie wiem, bo przed oczami zobaczyłem jedynie żółte olbrzymie coś. Potem już nic nie widziałem, przynajmniej w oświetleniu dziennym, bo żyrandole dostrzegałem, gdy akurat były zapalone. Pamiętam jeszcze panikę rodziców i jakieś dziwne schodki, po których wchodziliśmy do okulisty. Gabinet okulistyczny znajdował się w ich połowie, wejście było na wydłużonym stopniu (hmm – może warto poszukać w mojej teczce co mi wtedy było i pod jakim adresem byłem leczony i odwiedzić to miejsce na google streetview? Nie chce mi się bowiem wierzyć, że jakiś okulista zaprowadził sobie gabinet na środku jakichś schodów? sama idea pomieszczeń biurowych w takim miejscu brzmi na tyle ciekawie, że warta jest zweryfikowania). Okulista poświecił mi różnokolorowymi światełkami w oko i w końcu problemy ustąpiły – a przynajmniej moich wspomnień z tych wydarzeń wystarczy na wypełnienie co najwyżej jednego dnia i jednego wieczoru.

Na tym kończą się najwcześniejsze reminescencje, oprzeć się więc muszę na innych źródłach.

Wedle opowieści rodziców, gdy tylko zacząłem raczkować (stosunkowo późno – w wieku 2 lat może? musiałbym zajrzeć do akt), rozpocząłem pielgrzymki do telefonu i gryzłem kabel telefoniczny bezzębnymi ustami (o ile dzieci w takim wieku faktycznie nie mają zębów bo ja – przyznaję bez bicia – nie pamiętam). Szczwany plan instalacji podobnego kabla przy moim łóżku, który miał doprowadzić do tego, że będę gryzł ten kabel bez prądu, nie powiódł się – nadal pielgrzymowałem do telefonu. Ciężko mi rozstrzygnąć, czemu nie dałem się zmylić, ale pielgrzymki owe były pierwszymi symptomami mojego uporu w dążeniu do wytyczonych celów – zamiast zadowolić się niepodłączonym kablem przy łóżku, wolałem przeraczkować całe mieszkanie. Fakt, iż gryzłem kabel telefoniczny, a nie np. sznur elektryczny 220V albo drut na bieliznę, prawdopodobnie był pierwszym przejawem moich późniejszych zainteresowań telekomunikacyjnych/teleinformatycznych a także despektu dla elektroenergetyki połączonego z lękiem przed napięciami wyższymi od 48V. Despekt był tym większy, iż 220V okazało się zupełnie nieprzydatne do uruchomienia łódki na baterie. Szczęśliwie jednak nie próbowałem z innymi urządzeniami, a i kabla już nie gryzę (choć przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś – i to całkiem niedawno – w dorosłości – zajadałem się prądem z baterii CR2302 – smaczne te 3V).

Innym świadectwem mojej historii jest nagranie, na którym – wedle relacji brata – skonsumowałem mikrofon. Co ciekawe, z nieznanych mi powodów, jest to ostatnie poczynione nagranie; czyżby było to spowodowane kwestią niedostatecznego zaopatrzenia rynku w taśmy magnetofonowe w kasecie? Może miało to związek z nielegalnymi audycjami radia „Solidarność”, jak wiadomo, nagrywanymi na kasetach i emitowanymi z magnetofonów przez zakonspirowane nadajniki – a brakoróbstwo wytwórców kaset (Stilon) było odpowiedzią na wichrzycielską działalność podżegaczy wojennych (Żartuję – nie wiem czy nagranie, na którym spożywam mikrofon, było ostatnim, gdyż nigdy nie ustaliłem chronologii nagrań).

Z okresu dzieciństwa mam jeszcze trochę późniejszych wspomnień – jednak lata życia od 5 roku w górę to obszerniejszy materiał, który omówię w kolejnych postach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *