03. Beztroskie poznawanie świata

Do wieku pięciu lat włącznie, dużo czasu spędzałem z mamą – ze względu na jej urlop wychowawczy. Okres ten wspominam bardzo mile – jako beztroską zabawę. Miałem bardzo dobry kontakt z mamą (również fizyczny – pamiętam, że przytulaliśmy się, więc raczej nie miałem zbytniej nadwrażliwości sensorycznej – metki też mnie nigdy nie gryzły). Pamiętam, jak mama czytała mi bajki, pamiętam próby malowania czegoś razem z nią farbami, pamiętam robienie pisanek na Wielkanoc – przy pomocy folii samoprzylepnej naklejaliśmy jakieś wzorki na jajko. Mama jest uzdolniona plastycznie i ma talent do pracy z dziećmi, co było widać na każdym kroku.

Pamiętam też całodzienne wyprawy do miasta autobusem. Interakcji z rówieśnikami za bardzo nie było – nie kojarzę żadnego imienia jakiegokolwiek dziecka sąsiadów (poza jednym przypadkiem – o czym dalej), chociaż czasami odwiedzałem z mamą plac zabaw i czasami bawiłem się z dziećmi – np. w tradycyjne prace konstrukcyjno-budowlane, wykonywane przy pomocy łopatki i podobnych akcesoriów albo opróżnianie piaskownicy przy pomocy trofiejnej torby foliowej (poza tym do dziś – z traumą – przypominam sobie znalezienie fragmentu singla 7″ w piaskownicy). Jeśli chodzi o wspinanie się na drabinki, to również czyniłem to chętnie, pomijając aktywności w rodzaju wiszenia do góry nogami tudzież najwyższe stopnie – może to z uwagi na lęk wysokości. Ze względu na pogląd rodziców, poniekąd uzasadniony, że piaskownica stanowi ogromną kuwetę dla kotów i psów, miałem małą wersję na balkonie, zaprowadzoną w wyłożonej folią skrzynce na kartofle – być może zapobiegło to kolejnym szokującym odkryciom, a na pewno nie zachęcało do interakcji z rówieśnikami w gigantycznej kuwecie. Sam balkon był dość dobrze zabezpieczony przed dziećmi i pamiętam, że choćbym chciał, nie mógłbym sprawdzić organoleptycznie, jak wysoko było do parteru.

W temacie lęku wysokości – pamiętam również, że zawsze bałem się wejść na strych u babci po wąskich schodach (byłem tam chyba raz w życiu), a także czułem się nieswojo, gdy winda jechała wyżej, niż piętro, na którym mieszkaliśmy. Istnieje prawdopodobieństwo, że byłbym w stanie określić moment przekroczenia naszego piętra nawet z zawiązanymi oczami. Nigdy również nie zdobyłem się na odwagę wyjścia na dach naszego bloku.

W domu – poza słuchaniem czytanych przez mamę bajek (ulubioną była taka o muzykantach z Bremy), bawiłem się w układanie puzzli. Mieliśmy także sporą kolekcję różnych gier planszowych, przywiezionych z Francji. Co prawda wszystkie były po francusku (wtedy jeszcze prawo szariatu z całą pewnością nie obowiązywało), ale mimo braku znajomości tego języka nie przeszkadzało mi to w niczym – wymyślałem sobie swoje własne zasady.

Sielanka przeplatana była okazjonalnymi wizytami w klinice okulistycznej, podczas których lekarze starali się wkroplić mi jakieś krople na rozszerzenie źrenicy, a ja starałem się do tego nie dopuścić – niestety, na ogół wygrywali, chociaż po długich walkach. Nadal mam silną nadwrażliwość na jakiekolwiek substancje obce w oku i nadal rzadko kiedy udaje mi się cokolwiek wkroplić do oka – niezależnie od determinacji.

Z ulubionych zabawek pamiętam – prócz wspomnianego w poprzednim rozdziale telefonu z wieloma fajnymi i świecącymi światełkami (w założeniach i przy podłączeniu do stosownej, 25-żyłowej linii telefonicznej). Poza tym lubiłem też bawić się dwoma magnetofonami MK125 – ze skutkiem równie żałosnym, jak zabawy telefonem. Późniejsze zainteresowanie elektroniką i domorosłe eksperymenty elektroakustyczne przypieczętowały los nieszczęsnych magnetofonów – trzeba by je opchnąć kiedyś na allegro, może przydadzą się jakiemuś kolekcjonerowi, który będzie w stanie zlutować wszystkie części razem albo przynajmniej wykorzysta jako dawców organów.

Od dziecka uwielbiałem też dźwięk odkurzacza i charakterystyczne dla niego ciepłe powietrze wychodzące z drugiej strony. Uwielbiałem pełzać po podłodze za owym odkurzaczem (nie wiem dlaczego mama nie podzielała mojego entuzjazmu). Często w trakcie odkurzania bawiłem się w posiadanie „radioodbiornika”, którym miała być metalowa puszka z kotkami – po jakichś słodyczach. Każdy radioodbiornik musi mieć źródło zasilania, a że mój był co najmniej superheterodyną, to miał zasilanie sieciowe, realizowane za pomocą prawdziwego kabla od radia. Niestety, konstruktorzy metalowej puszki na słodycze nie przewidzieli w niej dziurki na kabel; tak więc zamykanie go w metalowym pudełku (mimo pewnego oporu materii – byłem jednak konsekwentny) sprawiło, że izolacja nie wytrzymała. Ze względu na fakt, iż kabel był stosowany również produkcyjnie – do prawdziwego radia – brak wyobraźni konstruktorów metalowego pudełka nieomal doprowadził do tragedii; mamę, włączającą któregoś ranka radio (prawdziwe!) kopnął prąd. Nie znam szczegółów tego wydarzenia, tym niemniej mama przeżyła (miała chyba tylko czarne ślady na rękach). Kabel nie przeżył i został wycofany z eksploatacji. Nie wiem, czy po tym wypadku dalej bawiłem się w posiadanie radioodbiornika – prawdopodobnie nie, ze względu na to, że wycofany z eksploatacji kabel śmierdział i do tego nie przewodził prądu.

Pierwszy zapamiętany sen dotyczył czerwonego telefonu – jednak nie wiem co się z nim wtedy działo (sen był chyba koszmarem). Innym razem śniły mi się – wijące się niczym węże – kable energetyczne, wychodzące z szybów wind w naszym bloku. To był zdecydowanie koszmar – może ktoś mnie kiedyś nastraszył kablami energetycznymi, wijącymi się niby węże? Pamiętam też, że chwile grozy przeżyłem zobaczywszy kabel energetyczny wystający z chodnika w okolicach domu towarowego, do którego uczęszczałem z mamą. Kabel wyglądał na ucięty tuż przy chodniku – wystawało tylko jego czoło z 6-cioma złowrogimi metalowymi żyłami. Oprócz kabli energetycznych, bałem się też sprężyn w łóżkach – do dzisiaj za wszelką cenę unikam ich widoku. Przez wiele lat skrupulatnie unikałem siadania na łóżkach ze sprężynami. Ta trauma była spowodowana oglądaniem „Kaczora Donalda”, gdzie w każdym odcinku co najmniej jedno łóżko ulegało zniszczeniu. Prawdopodobnie współudział w jej powstaniu miała również koleżanka, która skakała na moim łóżku na turnusie w górach (3 klasa podstawówki) – obrała sobie za cel tak intensywne skakanie, żeby „wyskoczyły sprężyny”. Na szczęście, wraz z nastaniem kapitalizmu, liczba łóżek ze sprężynami drastycznie się zmniejszyła.

Mam jeszcze trochę innych wspomnień z okresu dzieciństwa – niestety, ciężko je ogarnąć (mam w myślach mniej więcej podobny chaos, jaki widać również w tych opowiadaniach). O tych najbardziej charakterystycznych – w następnej części.

ps. przepraszam co najmniej dwójkę czytelników za bardzo nieregularne updaty – moja organizacja czasu nadal kuleje, szczególnie w okresie urlopu 😉 . Po urlopie zaś dopadła mnie najprawdopodobniej migrena, najprawdopodobniej spowodowana różnicą ciśnień z przodu i z tyłu gałki ocznej. Odkąd przeczytałem w „Angorze” taką właśnie teorię polskiego naukowca, to zaobserwowałem, że zawsze wtedy bolą mnie tak jakby okolice nerwu wzrokowego (i to tego od czynnego oka) i wynika to najprawdopodobniej z nadużywania wzroku. Na złagodzenie bólu wymyśliłem wkraplanie kropli do oczu (nic specjalnego – te tzw. „sztuczne łzy”). Dzięki temu mam unikatową szansę poczuć się, jak lekarze, próbujący w dzieciństwie wkroplić mi atropinę. Niestety, moja determinacja wcale nie powoduje, że wkraplanie jest skuteczne – na ogół nie jest. Muszę powiedzieć że ci dobrzy ludzie pracujący w klinice okulistycznej, z całą pewnością nie zasłużyli na tego typu katusze 😉

One thought on “03. Beztroskie poznawanie świata”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *