06. Austryjak realizuje obowiązek szkolny.

Uporawszy się z okresem dzieciństwa zwieńczonym zerówką, mogę wreszcie w spokoju udać się do szkoły – chociaż nie, spokoju nie dawać mi będzie pewne zapuszczenie bloga. Abstrahując jednak od mojego bieżącego stanu emocjonalnego, przeniosę się te ponad 20 lat wstecz.

Realizacja obowiązku szkolnego rozpoczęła się 2 tygodnie od pamiętnej wyprawy do siedziby Smoka Wawelskiego. Nie poszedłem do najbliższej szkoły, tylko trochę dalszej – tej, w której pracowała mama – ze względu na moją wadę wzroku rodzice uznali bowiem, że świat jest dla mnie zbyt niebezpiecznym miejscem, żebym ot tak sobie chodził do losowej szkoły. Mama pracowała w świetlicy, skutkiem czego świetlica stała się moim drugim domem, a szkoła jako taka pochłaniała mi czas w wymiarze pełnego etatu albo zbliżonym. Pierwszy raz znalazłem się tam jeszcze pod koniec sierpnia, w trakcie rady pedagogicznej wychowawców świetlicy – z tęsknotą wspominam różne skarby, a w tej liczbie plastikowe szablony do wykonywania napisów pismem technicznym, inne plastikowe szablony do wykonywania różnych wzorów i wielki wybór narzędzi piśmienniczych.

Pierwszy dzwonek zapoczątkował właściwą naukę. W tej chwili żywię przekonanie, że rozpoczęło się od malowania wspomnień z wakacji – czyli gigantycznego Smoka Wawelskiego (o ile format A4 nazwiemy gigantycznym). Mój postęp akademicki był w miarę szybki (bo i zagadnienia to nie był żaden lot w kosmos), chociaż niestety już w pierwszej klasie ujawniły się problemy z matematyką – nie kochałem królowej nauk, i to co gorsza – z wzajemnością. W pierwszej klasie mieliśmy bowiem wykonywanie obliczeń na czas (chyba z odejmowaniem włącznie!) – okazało się, że nie udało mi się zrobić żadnego z trzech przykładów poprawnie ): skutkiem czego otrzymałem pierwszą w życiu ocenę 3 (chyba za szybkość 🙂 ). Dość chłodne stosunki z królową nauk będą mnie prześladować przez prawie cały okres edukacji.

W dziedzinie integracji z rówieśnikami, to jakoś to było. Ze względu na wzrok, siedziałem zawsze w pierwszej ławce w środkowym rzędzie – początkowo z jakimś losowym kolegą. Po pół roku mama jednego z uczniów chyba zaprzyjaźniła się z moją mamą i stąd zaczęły się prawdopodobnie sugestie, żebym ja się zaprzyjaźnił z owym kolegą – tak też się stało (chociaż istnieje również prawdopodobieństwo, że nasza przyjaźń była dziełem przypadku). Dlatego też przez całą podstawówkę i gimnazjum siedziałem z nim w ławce. Kolejne stosunki towarzyskie rozpoczęły się chyba dopiero w następnych latach, lecz żaden z nich nie był tak intensywny jak ten.

Integrację utrudniał mi cokolwiek fakt, iż większość czasu spędzałem w świetlicy w innej grupie. Moja klasa przynależna była grupie prowadzonej przez mamę; jednak ta grupa chyba nie pracowała „na całym etacie” – nie miała nawet stałej sali, tylko tułała się po różnych apartamentach w całej szkole. Również większość osób – w odróżnieniu ode mnie – nie przebywało w świetlicy „na cały etat”. Ze względu na wzrok byłem zwolniony z wuefu i z basenu (chociaż na ten ostatni uczęszczałem, jednak bezskutecznie – mimo trzyletnich kąpieli w wodzie nigdy nie nauczyłem się pływać). Nie korzystałem także z szatni szkolnej (za jej substytut służyła mi pakamera świetlicy) – wydaje mi się teraz, iż moi rodzice byli przekonani, że w szatniach gwałcą i zabijają (przeciw takiej hipotezie zdaje się świadczyć fakt, iż stan osobowy mojej klasy nie zmieniał się – a przynajmniej nie ubywało uczniów (bo czasami ktoś przybywał). chociaż zastanowiło mnie teraz, czemu klasa nie przeszła w komplecie do gimnazjum – brakowało jakichś 3 osób – czyżby padły one ofiarą seryjnego szatnianego mordercy?). Poza dość dobrym postępem akademickim (wyłączywszy tą nieszczęsną matematykę…) byłem dość grzecznym uczniem – pominąwszy może wypowiedziane na którejś lekcji niezbyt wybredne komentarze dotykające kwestii ilorazu inteligencji ówcześnie urzędującego prezydenta RP, powtarzane w mojej austryjackiej szczerości z rozmów rodziców w domu – czym wywołałem konsternację połączoną ze stanowczym sprzeciwem pani nauczycielki. Pamiętam także epizod, gdy – z kolegą z ławki – zabawialiśmy klasę, wkładając do nosów cienkopisy i odwracając się do tyłu. Sytuacja miała miejsce pod nieobecność nauczyciela, a klasa miała bekę. Nauczycielka niestety nie podzielała dobrego nastroju uczniów i zagroziła ukaraniem wykonawców tej akcji nieuchronnym niepostawieniem oceny „wzorowy” z zachowania. W praktyce jednak, retorsje nas ominęły.

Z okresu klas 1-3 pamiętam jeszcze, że moją ulubioną osobą do prowadzenia konwersacji była pani nauczycielka i chyba najczęściej na przerwach, albo wyjściach na plac zabaw, przebywałem w jej orbicie. Nie pamiętam jak łączyłem zainteresowanie panią nauczycielką (ale oczywiście nie w kontekście relacji damsko-męskich! – bardzo podobała mi się za to jej rok młodsza ode mnie córka – wtedy jeszcze uczennica zerówki – która czasami jej towarzyszyła) i przyjaźń – może wtedy wystarczał nam kontakt na lekcjach.

Większe zmiany przyniosła dopiero promocja do klasy 4-tej, ale o tym – w którymś z następnych odcinków.

One thought on “06. Austryjak realizuje obowiązek szkolny.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *